dia
WiP @ 2010-08-15 00:37

Witam.


Czy ja już kiedyś mówiłam, że wszystko się pierdoli? A jak jest nadzieja, to zawsze złudna? Tak, o tym pierwszym chyba wspominałam. Gorzej z drugim. Tak, kurwa, czasem miewam nadzieję i tylko po to, by nic z tego nie wyszło.


Kurwa, miał przyjechać na Płock Cover Festival. Oboje pozwoliliśmy się sobie nastawić na spotkanie. Mieliśmy…na czym w końcu stanęło?...ach, mieliśmy włóczyć się po centrum Płocka, odwiedzić jakiś pub, a potem iść na koncert. Miał nawet nocować, miał, kurwa… Właśnie, dlaczego miał? Czemu nie „ma”? Bo bilet za drogi. Bo nie ma lepszych połączeń. Bo nikt z jego okolicy nie jedzie i nie ma się do kogo podłączyć, co by jechać samochodem. Helljeah.


Kolejna rzecz spierdolona. Kolejna nadzieja zabita. Normalnie stwierdziłabym, że się bawił, że dał nadzieję, by potem śmiać się z mojego smutku. Teraz też, owszem, coś mi mówi, iż tak właśnie jest. Ale z drugiej strony inne, większe Coś podpowiada, iż MDW sam cierpi i nie jest najszczęśliwszy. Oby drugie Coś miało rację. Oby…


Ale tak nie będzie.


Tak, cholera, Wiedźmin i jego Płotka. Już nie.


Komentuj [0]


Grunwald Warszawski, czyli bitwa z Krzyżakami roku pańskiego 2010. @ 2010-08-09 23:20

Minęło 600 lat i Krzyżacy powrócili. I nie pod Grunwald, a samą Warszawę śmieją otoczyć! A właściwie nie tyle miasto, co jeden jego punkt. Drewniany, wysoki. Znajdujący się dość znaczącym miejscu, ale teraz to nie ono jest ważne. Dzisiaj liczy się Krzyż. Krzyż ku chwale ofiar…nie, nie ofiar, właściwie to tylko jednej ofiary katastrofy smoleńskiej. Gdzie ta sprawiedliwość?!


No ale stoją wytrwali Krzyżacy pod Krzyżem i nie dadzą dotknąć swej świętości. Pytanie, czy dlatego, by brudne ręce nie tknęły katolickiego znaku, czy dlatego, by było coś, co w jakiś sposób odda hołd ludziom z feralnego lotu. Jeśli prawdziwym jest powód pierwszy – w kościele z pewnością będzie mu lepiej. Jeśli drugi – to w sumie dobrze, że chcą Krzyża, skoro już stoi (jakieś przypomnienie o Smoleńsku być musi). Bo w tym państwie, zanim postawią pomnik, minie kolejne 600 lat i kolejni Krzyżacy uznają, że Krzyż ów już im się znudził. Nadejdzie krucjata i drewno usuną.


Gdy już powstaną projekty monumentu, pewnie okaże się, że ktoś kiedyś napisał, iż nie wolno stawiać w tym miejscu czegokolwiek. Albo lepiej – pomnik będzie zawierał błędy (jak na przykład ten płocki ku chwale Milkego – wdzięczny napis brzmiał: „druch”). Albo nawet nie będzie to pomnik, a bryła z marmuru i wściekli Krzyżacy 2010 wezmą młot, wezmą dłuto i wezmą wyryją znak katolicki. I znów będzie Krzyż. I znów będzie czego bronić. I znów będzie podział, przed którym tak bardzo wszyscy pragną Polskę ustrzec.


Tak naprawdę to już nie wiadomo, czy śmiać się z głupoty ludzkiej, czy nad nią płakać. Oddajcie Krzyż, brońcie Pamięci. Śmiem twierdzić, że teraz jest ukrzyżowana. Przez to całe zdarzenie kto jeszcze myśli o tym, co Znak miał upamiętniać, dlaczego stanął? Teraz to tylko kolejna polska rzecz do żartów. Jak to ładnie określił jakiś Pan „z ulicy” w dzisiejszych „Faktach”: „Ten Krzyż jest już tak wyśmiany i swojski, że właściwie może już zostać” (cytat być może nie jest dokładny).


Także minęło te 600 lat i znów walczymy z Krzyżakami i ich Krzyżem. O ile pod Grunwaldem któraś ze stron miała może słuszny powód do bitwy, o tyle pod Pałacem Prezydenckim nie ma go żadna. W sumie ten Krzyż aż nadto nie przeszkadza. Wszak upamiętnia ludzi, z których większość była wyznania katolickiego. Ale z drugiej strony nie jest potrzebny, skoro planowany jest nowy pomnik… Jak i spokojnie może stać w innym miejscu.


Ale jak wiadomo, Polakowi nigdy nie dogodzisz. A gdy w grę wchodzi nie tyle Pamięć i Dobre Chęci, co Polityka – to każdy pretekst do kłótni jest dobry.


Krzyżacy na swym Krzyżu ukrzyżowali to, o co walczą. Nieważne, czy chodzi o hołd czy pokazanie wyższości PiS. Teraz tylko czarne krzyże na plecy i przypinajcie się do Drewna sprzed Pałacu, udając się wraz z nim w jego ostatnią podróż. Bo na pewno go przeniosą. Jeśli nie dziś, to gdy już powstanie projekt nowego pomnika.


Amen.


Komentuj [0]


Nie wiem, czy jest sens tu wchodzić. @ 2010-08-08 16:02

Witam.


Nie pisałam dawno, właściwie zastanawiam się, czy nie usunąć bloga. W sumie po co mi on? Przeglądając starsze posty jedynie przypominam sobie smutne chwile i uświadamiam, że te wesołe już nie wrócą. Że może być tylko gorzej. No nieważne.


Wybaczcie, że o Woodstocku tu nie przeczytacie. Nie lubię pisać o miłych zdarzeniach z przyczyn wymienionych wyżej… Nie najlepsze momenty też ominę, żeby było sprawiedliwie. Mogę tylko powiedzieć, że znów padło na nieodpowiednią osobę. No nic.


Właściwie piszę dzisiaj tylko po to, by uświadomić sobie, że żyję. Tak więc do kiedyś.


Komentuj [1]


Perkele. @ 2010-07-18 22:52

Tę część notki pisałam przedwczoraj:


I wyszło na to, że wybyłam z domu ojca i wybrałam się w kilkukilometrową podróż do mamy. Najlepsze było to, że miałam tylko kupione dzień wcześniej buty na koturnie oraz japonki, bardzo płaskie. Te drugie odkryłam dopiero, gdy miałam na sobie pierwsze. Nie chcąc dłużej siedzieć w tym domu, włożyłam japonki do reklamówki z gazetami i wyszłam. Nie zaszłam daleko, gdy okazało się, iż niestabilne buty i polskie drogi (oraz chodniki, których na większości trasy i tak brakowało) to złe połączenie. Ryzykując kremowość moich stóp, założyłam płaskie. Omatkoziemio, jak zrobiło się bezpieczniej! :D Chociaż potem i tak rana na stopie niemiłosiernie piekła. Trzeba było sobie nie rozpieprzać pęcherza :).


Szkoda, że przez myśl znowu przechodzi mi żyletka. Lecz teraz już wiem, że jej nie użyję. Jak ktoś jest w chuj brzydki, nie będzie oszpecał się jeszcze bardziej. Gorzej, że wróciły też myśli samobójcze, dość silne. Jeśli okażą się mocniejsze od Gitary, nie wiem, co się stanie. Chyba napiszę utwór pożegnalny i wpieprzę się pod pociąg. Zresztą, gdy widzę opuszczony szlaban, zaraz do głowy przyjdzie mi położenie się na torach. Albo przejść po nich powoli i Bogom pozostawić decyzję o moim losie... Jeśli urodziłam się w jakimś celu, chyba winnam przekazać go komuś innemu, kto godnie wykona go do swoich ostatnch - z woli Bogów - dni. Właściwie nie widzę teraz wielkiego sensu, wielu powodów w tym, by istnieć. Więc po co żyję? By potem, po reinkarnacji, znów nie musieć tego przeżywać.


Zmieniając temat, naprawdę nie myślałam, że będzie aż tak źle. Przed koncertem było zajebiscie. Dia była sobą, ze wszystkiego potrafiła się śmiać. Potem zobaczyła, jak Ów wchodzi z dziewczyną za rękę. I od razu łzy w oczach. Nie, nie wyobrażałam sobie niczego, a jeśli nawet, zaraz wracały myśli realne. Mimo to ciężko jest przyzwyczaić sie, że to koniec. Cholera, długo po ludziach cierpię. Po Nim już kilka lat, ale Jego nie widzę. Gorzej z Owym, tego często będę spotykać. I gdy już będzie dobrze, znów wrócą wspomnianinia...


Kurwa mać, jak można tak uzależniać się od ludzi i pod ich wpływem tak cholernie zmieniać nastrój?


Dużo bym dał, by przeżyć to znów,


wehikuł czasu to byłby cud!


 


---


 


A jeśli chodzi o dzisiaj... Nie, dzisiaj było tak straszne, tak smutne, że nawet nie chcę o nim myśleć. Koszmar z dzieciństwa wrócił. W gorszym wydaniu.


Komentuj [1]


Ja pierdolę. @ 2010-07-15 17:41

Ech, druga notka dzisiaj… Po prostu, co się ze mną dzieje, prawda?


Ano ze mną właśnie nic. Jedynie to to, iż mam kolejną zagadkę. Myślałam, że zmiany humoru i ogólne wkurwienie to domena kobiet przed miesiączką. Więc albo ojciec jest kobietą, albo jest większym egoistą i nie do kończę, kim jeszcze, niż myślałam. Wchodzi do domu po pracy. Ja siedzę przed kompem na piętrze, on, jak sądzę, w kuchni piętro niżej. Najpierw czepia się mnie o bałagan w kuchni. Tjaaaa, problem w tym, że żadnego nie zrobiłam. Dalej, narzuta na fotel nie leży na podramiennikach. To przecież karygodne! A potem coś, co mnie rozwaliło – zaczął mówić do mnie tonem ostrzejszym niż przez ostatni tydzień, bo… narzuta, tym razem na jego łóżku, miała jedną czy dwie nierówności. Albo jest pieprzonym pedantem, albo robi wszystko, by mnie wkurzyć. I chyba obie opcje są właściwie, skoro nawet mama stwierdza, że ojciec przesadza. I względem darcia się na mnie, i dbałości o czystość, i paru innych rzeczy.


Ok., rozumiem, można mieć gorszy dzień. Ale nie wszystkie i nie tylko względem jednej osoby. Bo co? Na córce najlepiej się wyżyć? Bo ona nie weźmie się do bicia, a jak wyjdzie z domu, to wróci? Bo nie przestanie się odzywać? A może on po prostu już nie chce, żebym u niego mieszkała? Może robi wszystko, bym znów zaczęła żyć u mamy? Jego wczorajsze „chcesz, to wracaj na <tutaj pojawił się adres>” nie było miłe. Tym bardziej, że nie padło pierwszy raz. Zresztą, to on potrafi zatrzymać się na środku drogi i kazać wysiąść. Jasne, wysiadam, skoro ma mnie dość. A potem? Potem nawet nie zadzwoni z pytaniem, czy wróciłam, czy mamie nic się z nerwów nie stało. A jak się stało, to oczywiście moja wina… Wczoraj to mi przeszkadzało, że włączył RMF FM, skoro wyraźnie poprosiłam: „Włącz płytę”. Karczmarskiego. Którego on też bardzo lubi. Ok., nie płytę, to włącz Trójkę albo Eskę Rock. Ale nie, ten wyłącza radio w ogóle. Gdyby chociaż zależało mu na jakiejś audycji…Właśnie po tym padło, że może mnie odwieźć (aż dziwne, że nie kazał wracać do autobusem, przecież jego święte nóżki i rączki się zmęczą…). I wysiadłabym z tego pierdolonego samochodu, gdyby nie to, iż jechała z nami Debestoffriend by nocować. Chyba ona była jedynym, co złagodziło. Już przestałam ustępować, naprawdę, mam gdzieś, co robi i co myśli. A jak cokolwiek zrobi, to tylko tak, by pokazać, ile w tym jego łaski. Co więcej, nie tylko ja to zauważam…


Boże, jak można żyć tak, by wkurwiać wszystkich wokół? Powiecie, że o mnie dba? Nie, nie tak dba się o ludzi, by ci płakali całe dnie i przestali umieć się śmiać… Kiedyś widziałam w nim kogoś, z kim mogę o wszystkim pogadać. A teraz? Teraz cudownie wykorzystuje to przeciwko mnie…


Komentuj [0]


O Mundialu, dosłownie, zdań kilka. @ 2010-07-15 10:36

Baalduurze... Sąsiedzi zza ściany znów postanowili, że pierdolą własną rodzinę i robią remont. Były już dni ciszy, a tu znowu "JEB, JEB, JEB!" w ścianę. Kurwa, już wiem, czemu mi dali pokój graniczący (i do tego tak wielki, że jak stawiam w nim trzy gitary, dwa piece i powiedzmy jeszcze krzesełko dla osoby towarzyszącej, to zaprawdę nie ma miejsca)... KURWA.


Mundial wygrali sobie Hiszpanie. Wreszcie miałam szansę obejrzeć mecze w dobrym towarzystwie. Pierwszą połowę w pubie Rock69, gdzie na zewnątrz był koncert, drugą - na Reggaelandzie. Jednak to było trochę niepokojące. Webb podnosi czerowoną kartkę i... i telewizor padł (tak, to był telewizor). Na szczęście przed wykonaniem wolnego znów się włączył, ale nie było dobrze...


Wracając do mundialu, trzeba przyznać, że był ciekawy. Po wejściu Urugwaju, odpadnięciu Francji, Włoch i gospodarzy, nie można było być niczego pewnym. Fakt, iż Polska odpadła już w eliminacjach, także sprawił, iż nie wiadomo, kto odejdzie z grupy. Potem też było dobrze, tylko - kurwa mać - czemu teoria niespodzianek nie spełniła się w meczu o trzecie miejsce?! :(


A mecze, niby najlepsze, najbardziej rozczarowały. Np. Portugalia z Hiszpanią. Nie było gry, były faule. Piękny pokaz przekraczania przepisów.


I może tyle o mundialu, bo jednak są ludzie, co znają się lepiej. I na ich strony odsyłam.


I w sumie tylko tej notki, zaraz obudzi się debestoffriend, a raczej nie powinna zobaczyć, co robię.


Miłego dnia.


Komentuj [0]


"Tak, wiem, zawsze byłem nikim..." (Hunter "Nikt") @ 2010-07-11 12:45

Będzie źle... Wróciła i zmuszona będę patrzeć na nich razem. Ciężko, naprawdę ciężko. Chyba znowu wyłączyłam tę jebaną blokadę. No nic, teraz pora cierpieć. Jak zawsze... Zresztą, przeczytajcie poprzednie notki, jakoś nie chce mi się teraz o tym mówić...


Poza tym to pieprzone Niemcy wygrały z Urugwajem. A ja grzecznie pytam się, dlaczego. Urugwajowi się należało, starał się i zależało mu. A Niemcy? Jakoś nie było tego po nich widać. Chyba uznały, że i tak jakaś głupia drużyna nie ma z nimi szans. Wynik mówi, że jednak nie było tak łatwo. A gra? Przyznam, że nie widziałam całego meczu, ale chyba najgorzej nie było. W każdym razie nieźle jest przyjść na koncert i oglądać mecz :). Metal, piłka nożna, piwo i Długowłosi. No czego jeszcze brakuje nam do szczęścia? :)


A, no i jeszcze nieco pijany koleś, któremu wydawało się, że mu się podobam. Akurat bez niego spokojnie bym się obeszła, ale przynajmniej nie zmarzłam :P Wcześniej jeszcze znajomi od kilku dni przygarnęli nas do swojej ekipy i wyszliśmy w bezcelową podróż. Nikt nie wiedział, po jaką cholerę i gdzie.


I jeszcze Reggaeland na dobranoc...


Napisałabym, że może dzisiaj będzie podobnie. Ale jednak nie. Będzie źle... Wróciła i zmuszona będę patrzeć na nich razem... Ciężko, naprawdę ciężko. Chyba znowu wyłączyłam tę jebaną blokadę. No nic, teraz pora cierpieć. Jak zawsze... Zresztą, przeczytajcie poprzednie notki, jakoś nie chce mi się teraz o tym mówić...


I tak można tę notkę w kółko czytać.


Komentuj [0]


Jeśli o szczęście chodzi, to tylko płacz jest wieczny. @ 2010-07-04 19:06

Powinnam coś napisać, prawda? Ale nie wiem, czy jestem w stanie. Mój nastrój co chwila się zmienia, od nadziei po jej kompletne przeciwieństwo. Teraz jej nie ma i nie wiem, kiedy wróci, nie zależy to ode mnie… Wiem tylko, że w pewnym aspekcie już nigdy jej nie odzyskam. I że najpóźniej w sobotę mój Eden się zakończy, o ile już dzisiaj nie przeszłam przez jego ostatnią bramę. Tę, która przez wiele ciekawych uczuć prowadzi do wyjścia albo nawet upadku. Po prostu, poprzez objęcia Belfegora, wpadasz tam, gdzie jest tylko strach, żal, łzy i rozliczanie się ze złymi decyzjami.


Tam, gdzie ląduję zawsze, gdy stanę na granicy. Ale pierwszy raz odczuwam taką stratę. Marzycie o czymś od kilku lat, nagle macie to na wyciągnięcie ręki. Dostajecie i… i właściwie nie wiadomo, co dalej. Albo to marnujecie, albo jest dopiero początkiem. Obawa przed stratą jednak góruje, nie daje pozytywnie myśleć. Jest źle. Jest bardzo źle. I póki nie zdarzy się to, co dzisiaj, sytuacja się nie poprawi. Jeśli jednak stanie się odwrotnie, potem znów będzie beznadziejnie… Błędne koło. To cudowne błędne koło, które nie pozwala mi się cieszyć już z niczego. Chyba że w chwili, gdy owe „nic” trwa. Ale czym jest minuta radości wobec tygodni płaczu? Tym bardziej, gdy ta radość jest przyczyną…


Jeszcze niedawno, na początku tygodnia, przez tę minutę przez myśl przechodziło mi tylko: „Nareszcie”, na przemian z niezależnym ode mnie braniem imienia pana Boga Waszego nadaremno. Czekałam na nią kilka lat. Teraz… Teraz wszystko posunęło się nieco dalej i mogło wiele zepsuć. Szkoda, że akurat wtedy, gdy wszystko było na całkiem dobrej drodze. Tak, gdy się w to wplątałam, wiedziałam, jak bardzo będę cierpieć. Ale powód miał być inny, a cierpienie miało nadejść w sobotę czy w piątek, nie już dzisiaj…


Mogę jedynie czekać na to, co wydarzy się dalej. Boję się wykonać jakikolwiek ruch, żeby nie pogarszać. „Tak” jest złe, ale „Nie” również. Albo może jedno z nich jest dobre, lecz nie wiadomo, które. Nazywacie to „niepewnością”? Nie, to jest pewność. Pewność, że „nic nie może przecież wiecznie trwać” i „to, co dobre, szybko się kończy” w najbardziej bolesny sposób z możliwych…


Pozdrawiam.


P.S. No i jakim optymizmem wieje setna notka!


Komentuj [0]


Przepraszam... || A jednak czasem warto czekać... @ 2010-06-29 19:16

Kiedyś trzeba nowy post napisać. Niezależnie od tego, jak bardzo znienawidziłam ten blog, siebie. Przepraszam Cię. Naprawdę Cię przepraszam. Wtedy, gdy to pisałam… nie, nie myślałam realnie, trzeźwo. Byłam wkurwiona od rana, potem jeszcze dobił mnie fakt, że odchodzisz… Ale nie będę się głupio tłumaczyć, nie ma sensu. Tak, jestem winna i, patrząc w lustro, widzę tylko cholerną, pierdoloną i jebaną debilkę, która wszystko zepsuła… Naprawdę Cię przepraszam i mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz… I że będę miała okazję powiedzieć Ci to jedno słowo na „p”, stojąc naprzeciwko Ciebie, patrząc Ci w oczy. Chcę, żebyś mi uwierzyła, żebyś zobaczyła, jak bardzo żałuję…


Kilka pierdolonych słów i koniec. Nie, to nie tak miało być…


 


---


 


A tak poza tym… Cóż, dowiedziałam się dziś w sposób najpiękniejszy z możliwych, że moje marzenie nie może się spełnić. Przynajmniej nie całe, nie ta część, która zmieniła moje spojrzenie na kilka spraw. Bo druga, faktycznie, może i została ziszczona.


…dlaczego rodzice lub debestoffriend dzwonią w momentach najgorszych z możliwych lub wtedy, gdy niespecjalnie potrzebuję się przerywać wykonywaną czynność? Ale tak, wiedziałam, że moja komórka odezwie się właśnie wtedy. I że dostanę ochrzan od rozmówcy.


Mimo to warto było :)


Komentuj [3]


Gitara, net - dlaczego szkodzi, szczęście @ 2010-06-25 21:35

(Post pisany o 15:04)


 


Myślę, że teraz większość postów publikować będę znacznie później niż skończę je pisać. Po prostu w domu mniej mi się nudzi, to mogę wziąć laptopa i coś tam wyklinać. A u taty, gdzie mam neta… Cóż, właśnie, mam neta i program Guitar Pro. Jeśli uważacie, że człowiekowi uzależnionemu od Internetu i Gitary potrzeba do szczęścia czegoś więcej, grubo się mylicie. Albo, wybaczcie, jesteście bardzo naiwni.


Właściwie mogłabym dalej pociągnąć temat Sieci i Instrumentu o sześciu strunach (w moim przypadku), ale co jeszcze idzie w tym temacie dodać? To, że Gitarę spokojnie nazywam moją kochanką i życiem? Czy może nawet zacytuję słowa Jezusa: „Drogą, prawdą i życiem”? Że jest dla mnie, cholera, wszystkim i gdyby nie ona wiele łez ciekłoby znacznie, znacznie dłużej? Nie, o tym wszystkim już na pewno wspominałam. Gitara to nie tylko Instrument, przynajmniej nie dla gitarzystów, którzy wiedzą i czują to, co robią. Bo jak ktoś na przykład zostaje muzykiem z zazdrości innym, to zupełnie inna historia…


A Internet? To cholerne coś, dzięki czemu mogę być sobą…również w realu. Ale co bardzo szkodzi psychice. I doprawdy, dopóki nie posłuchasz Justina Biebera (nie rób tego!), nie przekonasz się. Ja nie mogłam dojść do siebie przez kilka godzin, a słuchałam…nie wiem, przez minutę? 40 sekund? W każdym razie zrobiłam to dlatego, iż stwierdziłam, że nie można być aż tak złym, jak piszą. Myliłam się. Można.


Jeśli gość nie miał mutacji, to zajebiście – może po jej dostaniu skończy „karierę”. Jeśli ją miał… Cóż, szczerze mu współczuję…


 


Wczoraj swe potwierdzenie znalazło, po raz kolejny, ogromne szczęście Dii. Miałam jeden z tych dni, kiedy nie chce mi się być ładną. Włosy myłam poprzedniego dnia rano, a wiedzcie, że nie mam ich najlepszych już tego samego dnia wieczorem. Ubranie założyłam pierwsze lepsze. Nie najczyściejsze glany, za duży t-shirt, bluza, ekoskóra. Ale że zrobiło się gorąco, dwie wierzchnie warstwy niosłam w ręku. Chociaż spodnie miałam normalne… Wyszłam z domu tylko dlatego, że musiałam (postanowiłam kupić Xiędzu diabełka, na szczęście choć ta misja zakończyła się sukcesem). Poszłam ze znajomą do Empiku, oczywiście, musiałyśmy zaliczyć i piętro. Gorąco w cholerę, na parter schodziłam potargana (uczesałam tylko część włosów) i prawie spocona. Schodzę, schodzę i na kogo trafia? Na owego Pana, co najładniejszym jest w tym mieście przynajmniej. Nie no, zajebiście. Stwierdziłam, że pierdolę swój wygląd, podeszłam się przywitać. Skończyło się na 20-30minutowej rozmowie :).


 


A teraz pławię się w dźwiękach Slayera, by za chwilę znów wrócić do Deathu. Do tego chcę jeszcze dopisać trochę do opowiadania12, a wszystko to przed meczem Brazylii z Portugalią. Swoją drogą, ciekawe, jak poradzą sobie bez Kaki (jebany sędzia!) i Elano…


 


Do przeczytania.


Komentuj [1]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]